Wydawnictwo Znak - Dobrze nam się wydaje

02.01.2017

Druga wojna światowa widziana z kokpitu

Rozmawiamy z Witoldem Urbanowiczem Jr., synem legendarnego pilota Dywizjonu 303

- Kiedy dowiedział się Pan o randze i znaczeniu swojego ojca w Bitwie o Anglię? Czy historia, zwłaszcza ta wojenna, była stale obecna w życiu państwa rodziny?
- Kiedy dorastałem, naturalnie byłem świadomy tego, że ojciec służył w wojsku. Nie przypominam sobie jednak, żeby wiele opowiadał o wojnie albo o swojej lotniczej karierze. To doświadczenia, które należały do przeszłości. Jak wielu ze swojego pokolenia, uważał jednak, że relacjonowanie to nieprzyjemna ale konieczna praca, którą należy wykonać. Myślę że pisane 20-25 lat później książki, dotyczące jego lotniczej kariery, spełniały właśnie tę funkcję.
Chociaż nigdy nie mówił o wojnie, rozmywaliśmy o polskiej historii, a także na temat bieżących wydarzeń, o których dowiadywaliśmy się od rodziny i przyjaciół żyjących w uciążliwych warunkach sowieckiej kontroli.

- Jak szeroko temat aktualnej sytuacji Polski był podejmowany w tych rozmowach?
- Przez lata nie miałem częstego kontaktu ze swoim ojcem. Od momentu mojego urodzenia aż do chwili, gdy skończyłem sześć lat, przebywał daleko od domu, czy to z powodu wojny, czy jego zawodowych podróży po Stanach Zjednoczonych. Kiedy skończyłem sześć lat, zaczął pracować w kontroli produkcyjnej Republic Aviation, producenta samolotów wojskowych. Oboje rodzice intensywnie pracowali, ale na takiej zasadzie, że zawsze któreś było w domu: mój ojciec pracował w nocy, a matka w ciągu dnia. Kiedy rano wychodziłem do szkoły, on spał, a kiedy wracałem popołudniami, ojciec zbierał się do pracy. Z biegiem lat, coraz częściej poświęcał pracy weekendy. Mieliśmy tym samym niewiele czasu dla siebie, zbyt mało na rozmowy. Taki układ trwał, aż do czasu kiedy opuściłem dom po ukończeniu uniwersytetu. A nawet później.
Czas który spędzaliśmy razem, był dość typowy dla większości rodzin. Pamiętam, że jako dziecko wspólnie się bawiliśmy i że słuchałem historii, bajek, które dla mnie wymyślał. Kiedy dorastałem i byłem bardziej zaangażowany w sprawy szkoły i sportu, wspólny czas ograniczał się do świąt. Podczas Bożego Narodzenia robiliśmy ozdoby, dekorowaliśmy choinkę i śpiewaliśmy kolędy - po polsku. Na Wielkanoc dekorowaliśmy jajka woskiem - robiliśmy pisanki.
To oczywiście nie znaczy, że nie rozmawialiśmy na temat aktualnej sytuacji i wydarzeń w Polsce. Moi rodzice i ich przyjaciele prowadzili wiele takich dyskusji, którym uważnie się przysłuchiwałem i uczyłem z nich, zadając pytania.

- Pana młodość przypada na lata, kiedy Polska nie była krajem suwerennym. Władze PRL do wojennych bohaterów odnosiły się wrogo. Pana ojciec został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa, a po wypuszczeniu podjął decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Nie było to jednak łatwe. Granicę przekroczył nielegalnie. Może pan przybliżyć okoliczności opuszczenia Polski przez pana ojca?
- Za wyjątkiem kilku miesięcy spędzonych w Chinach z Chennaultem (chodzi o gen. Claire'a Chennaulta, który sformułował jednostkę „Latających Tygrysów" - przyp. red.) oraz krótkiego pobytu w Londynie, mój ojciec, matka i ja mieszkaliśmy w Stanach Zjednoczonych nieprzerwanie od czasu moich narodzin (w 1943 roku - przyp. red.), aż do czasu, kiedy pod koniec 1947 roku ojciec odwiedził Polskę, gdzie został aresztowany. Słyszałem wiele wersji o okolicznościach jego ucieczki i prawdę mówiąc nie mam pewności, która jest prawdziwa.

- W sierpniu 1936 r. Witold Urbanowicz odniósł pierwsze zwycięstwo w starciu powietrznym. W trakcie lotu blisko granicy ze Związkiem Radzieckim starł się z jednym z samolotów zwiadowczych ZSRR. Potyczka zakończyła się zestrzeleniem maszyny, która naruszyła Polską strefę powietrzną. Czy po wojnie Rosjanie wrócili do tego epizodu i czy mogło ono być jedną z przyczyn agresji władz PRL w stosunku do pana ojca?
- Nie sądzę, aby ten incydent z 1936 roku miał przełożenie na skalę antypatii Sowietów wobec mojego ojca. Uważam natomiast, że miał duże znacznie dla rozumienia tego KIM był - heroiczną postacią, bojownikiem o wolność i zagorzałym krytykiem sowieckiego ucisku.

- A także wyjątkowo utalentowanym pilotem myśliwców. Skąd się wziął pseudonim Kobra, który mu nadano?
- Przypuszczam, że pseudonim Kobra miał wiele wspólnego z jego fantastycznym refleksem i stalowymi nerwami, które pozwalały mu utrzymywać się poza ogniem wroga, aż do ostatnich momentów walki.

- Jakie relacje łączyły pana ojca z innymi członkami Dywizjonu 303? Działali wspólnie i na tym często opierała się ich skuteczność. W powietrzu byli współodpowiedzialni za siebie, dając temu często wyraz, „strącając" sobie niemieckie maszyny z ogonów. Czy w relacjach koleżeńskich też tak było? Czy Witold Urbanowicz utrzymywał kontakty z innymi pilotami Dywizjonu już po wojnie?
- Mój ojciec był wycofany, cenił sobie prywatność i indywidualizm. Był także niezwykle hojny i okazywał wielką wdzięczność oraz szacunek dla tych, którzy brali swoją pracę na poważnie i wykonywali ją podług najwyższych standardów. Opierając się na tym, co wiem z pism jego i innych autorów, miał bliskie kontakty z wieloma członkami 303, np. ze Zdzisławem Krasnodębskim oraz innymi pilotami i członkami załogi naziemnej.
Był także znany ze swoich napiętych relacji m.in. z komendantem RAF Ronaldem Kellettem i czeskim pilotem Josefem Františkiem. Co do jego powojennych relacji z członkami 303, nie mam informacji.

- Być może jedną z przyczyn napięć, o których Pan wspomniał, był temat liczby zestrzeleń wrogich samolotów. Podczas kolejnych działań wojennych w Europie i Chinach pana ojciec zyskiwał opinię niepokonanego, należał do najlepszych strzelców wśród aliantów. W książce "Świt zwycięstwa", której pierwsze wydanie ukazało się w 1971 roku, czytamy: "Pytano mnie nieraz o moje konto zestrzeleń w czasie II wojny. Różne źródła podają różne cyfry, więc przedstawiam stan faktyczny. W bitwie o Wielką Brytanię zestrzeliłem 17 samolotów, na Dalekim Wschodzie 11, z czego 6 samolotów w czasie walk, natomiast 5 samolotów podczas ataków na lotniska japońskie w Chinach i na Tajwanie, w momencie ich startu lub lądowania". W sumie 28. Czy aktualne ustalenia historyków potwierdzają te liczby? Czy istniała jakaś wygrana przez pana ojca potyczka, którą uważał za swoją najważniejszą?
- Historycy zgadzają się na liczby: 17 niepodważalnych zestrzeleń i 2 prawdopodobnych, choć po lekturze książek ojca i innych oraz słuchaniu jego osobistych wspomnień, wydaje mi się, że liczby są nieco zaniżone. Uważam jednak, że ojciec byłby pierwszy, który powiedziałby, że liczba jako taka jest nieistotna. Bardzo przejmująco wskazywał na to w rozdziale „Dwa za jedno" w książce „Ogień nad Chinami". Pisał tam, że aby uratować jednego ze swoich towarzyszy, amerykańskiego pilota „Latających Tygrysów", był zmuszony odebrać życie dwóm innym ludziom, którzy próbowali zestrzelić kolegę („Dziwny świat: aby uratować jedno życie - trzeba dwa zlikwidować", s. 614 - przyp. red.). W ostatecznym rozrachunku był więc humanistą, a nie statystykiem.
To samo można powiedzieć na temat oceny jego licznych zwycięstw. Każde z nich miało miejsce w wyjątkowych okolicznościach i owocowało takimi rezultatami. Trzeba pamiętać, że wszyscy służyli jednemu, wyższemu celowi. Przede wszystkim mój ojciec był więc strategiem, oprócz tego, że znakomitym taktykiem.

Fot. Grupa pilotów Dywizjonu 303 w 1940 roku. Archiwum prywatne

Druga wojna światowa widziana z kokpitu.

"Początek jutra", "Świt zwycięstwa" i "Ogień nad Chinami" – porywające wojenne wspomnienia polskiego asa myśliwskiego po raz pierwszy w jednym tomie!

Jak wyglądały pierwsze dni września 1939 roku z perspektywy porucznika lotnictwa?
Co czuje człowiek ostrzeliwany przez messerschmitta?
Jak to jest – w piątek zestrzelić cztery niemieckie samoloty jednego dnia, a w poniedziałek powtórzyć ten wyczyn?
Jak wygląda powietrzny pojedynek z kamikadze?
Co myśli pilot, gdy widzi ciało zestrzelonego wroga spadające do pełnego rekinów oceanu?

O swoich wojennych przygodach, od pierwszych dni kampanii wrześniowej, przez bitwę o Anglię w składzie Dywizjonu 303, aż do walk z Japończykami w słynnej formacji „Latające Tygrysy”, opowiada jeden z najskuteczniejszych pilotów myśliwskich w naszej historii.

Witold Urbanowicz wspaniale walczył i jeszcze lepiej pisał.
Lektura obowiązkowa dla każdego fana lotnictwa.