Wydawnictwo Znak - Dobrze nam się wydaje

Stulecie chirurgów

Znieczulenie, mikroby i uczeni

Czy pomyślałeś kiedykolwiek, Czytelniku, o tym, jak ciekawym doświadczeniem byłaby podróż w czasie? Jeśli odpowiedź brzmi twierdząco, zastanów się, czy nadal gotów byłbyś na taką eskapadę, gdybyś uzmysłowił sobie, że do 1846 r. nie istniało znieczulenie. Ów rok zapisał się w annałach historii medycyny jako ten, który zapoczątkował bezbolesne przeprowadzanie operacji chirurgicznych. Jak doszło do tego odkrycia? Czy było dziełem przypadku, czy wynikiem żmudnych i długotrwałych doświadczeń?
Autor, wnuk Henry'ego Stevena Hartmanna, chirurga i autora zapisków, zabiera nas w podróż po XIX-wiecznej Europie, Ameryce i Azji. Książkę rozpoczyna rozdział opisujący przypadek Jane Crawford, kobiety mającej olbrzymi guz jajnika. Jest grudzień 1809 r., razem z dr. McDowellem udajemy się do niewielkiej wsi w stanie Kentucky. Celem podróży jest ulga w cierpieniu, ulga, którą może przynieść tylko wycięcie guza, co jest zupełnie niepojęte z punktu widzenia mentalności i stanu wiedzy ówczesnych medyków - jak mawiała jedna ze sław ówczesnej chirurgii amerykańskiej: „Nigdy nie uda się wyciąć wewnętrznych guzów, obojętne, na macicy, żołądku, wątrobie, śledzionie czy kiszkach. Tu Bóg postawił przed chirurgiem granicę. Kto tę granicę przekroczy, postąpi jak morderca...". Owej zimowej nocy dr McDowell, na drewnianym stole, zaaplikowawszy pacjentce kilka pastylek opium, mających złagodzić nieco ból, wyciął śpiewającej podczas operacji psalmy pacjentce guz. Za drzwiami domu czekał gotowy go zlinczować tłum wraz z szeryfem. W tak dramatycznych okolicznościach rozpoczyna się historia chirurgii, która jeszcze nie raz zaskoczy Czytelnika niebywałymi wprost zdarzeniami i nagłymi zwrotami akcji.
Nowa era chirurgii zaczęła się wraz z rozpoczęciem powszechnego stosowania anestetyków. Droga wiodąca ku temu celowi była jednak trudna i wyboista. Złożyło się na to szereg przyczyn - począwszy od drobnomieszczańskiej mentalności sław ówczesnej medycyny, poprzez sceptycyzm, będący skutkiem niewielkiej ilości badań, spośród których nie wszystkie kończyły się sukcesem, (kto mógł wówczas przypuszczać, że opary eteru w interakcji z chorobą alkoholową zniwelują jego działanie?), a skończywszy na zawiści, żądzy bogactwa i sławy, a tym samym zapisania się w historii medycyny jako pioniera, odkrywcy danej metody, czy środka.
Chirurdzy wgłębiali się w ciało człowieka można by rzec - nieśmiało. Usuwanie kamieni nerkowych, plastyka nosa (metodą pochodzącą... z Indii!), amputacje kończyn - wszystko to, w przeddzień nastania nowej ery dla medycyny, odbywało się bez znieczulenia. Cierpienia pacjentów były wprost niewyobrażalne. Pionierzy epoki znieczulenia uśmierzali je stopniowo, zmieniając stosowane środki - podtlenek azotu, eter, chloroform - nie mając jednak pojęcia o efektach ubocznych, krótko- i długofalowych ich stosowania.
Innowatorzy byli postponowani przez środowisko medyczne. Efekty ich pracy ignorowano lub wyśmiewano, stosowano ostracyzm, utrudniano kontynuowanie badań. Niejednokrotnie prowadziło to do załamań, samobójstw lub, w wersji optymistycznej, do docenienia wkładu w rozwój medycyny dopiero pośmiertnie. Sztywność, skostniałe przywiązanie do stosowania znanych rozwiązań przez ówczesne sławy, profesorów medycyny, krytyczne postawy wobec młodszych i jakże twórczych kolegów i prezentowanych przez nich niekonwencjonalnych rozwiązań może wydać się nam czymś oburzającym i zdumiewającym. Słynny niemiecki chirurg, profesor Billroth, pod koniec (sic!) XIX wieku wypowiedział następujące słowa: „Chirurg, który by kiedyś próbował zszyć ranę serca, może być pewny, że na zawsze straci szacunek kolegów...". Na szczęście dla nas wszystkich - uczniowie przerastają mistrzów, epigonom zaś nie zawsze udaje się skutecznie powstrzymać umysły otwarte i twórcze przed pędem ku zrozumieniu i wyjaśnieniu zagadek tkwiących w ludzkim ciele.

 


Recenzent: Katarzyna Szczucka

Jürgen Thorwald

Stulecie chirurgów

Tłumaczenie: Karol Bunsch

Nowe wydanie niezwykłej opowieści o początkach i dziejach chirurgii

„[...] Książka brutalnie pokazuje, jakim macaniem w ciemności była chirurgia jeszcze w XIX wieku. Narzędzia, z którymi ma do czynienia narrator, ów żądny wiedzy chirurg z nowego świata, to nóż rzeźnicki, piła, żelazo. Opowiada, jak prowincjonalny lekarz z Kentucky, który ulega błaganiom umierającej pacjentki, wycina jej na żywo ogromną torbiel. Dzielna kobieta wyje psalmy, pod oknem gromadzi się tłum, który grozi »mordercy« pętlą. Pacjentka przeżywa zabieg, co pozwala także przeżyć chirurgowi. Lekarz ten jednak wkrótce umiera, bo nie znalazł się podobny do niego ryzykant, który wyciąłby mu wyrostek. [...] Autor opisuje eksperymenty z narkozą. Jeden z jej pionierów, który wykorzystuje do znieczulania gaz rozweselający, nie wytrzymuje kpin środowiska, popełnia samobójstwo. Opowieść kończy się spotkaniem z Louisem Rehnem, chirurgiem z Frankfurtu. W 1896 r. zszywa on serce zranionego chłopca, chociaż znakomitości wiedeńskie oświadczyły niedawno, że chirurg, który by kiedyś tego próbował, »na zawsze straci szacunek kolegów«. Rehn z lękiem odsłania ów święty organ i widzi, że nie reaguje on gniewem”.
- Małgorzata Szejnert, „Gazeta Wyborcza”