wydawnictwo znak - Dobrze nam się wydaje

Pianie kogutów. Wiersze wybrane

Poezja z bliznami

Czy w języku potocznym istnieją określenia zdolne i gotowe oddać nastrój i temperaturę niewypowiedzianego? Zapewne. Ale czy, jeśli rzeczywiście istnieją, znajdziemy je, jak zdecydowaną większość tego wszystko, co potoczne, na wyciągnięcie ręki? Ależ!? Nie dzielmy może od razu włosa na czworo.

 

Apologeci języka potocznego, skłonni widzieć w nim jedyny modus prostoty oraz jedyny, wystarczający w każdym razie, synonim jasności, wobec tak postawionej kwestii wstydliwie spuszczają główkę. Wszak dobrze wiedzą, że potoczność, jako kategoria optymalna przy wyrażaniu życia w bogactwie jego przejawów, trąci umownością i ułudą. Bogactwo bogactwem, ale uściślijmy, o jakich przejawach zechcemy tu opowiedzieć? O zwyczajnych i najzwyczajniejszych; o samotności, o cierpieniu, o wspomnieniach, o pamięci (to nie to samo), o odpowiedzialności i za wspomnienia, i za pamięć, o każdej i o każdym, znajomym, nieznajomym.

I o języku potocznym także. Bo ten język potoczny nasz błąka się bez obłąka, udając pojazd z oberwanym zapasowym kołem; jest rowerem bez pompki, choć światełek na nim tyle, ile na nowoczesnym adwentowym wieńcu. Życie piękne, potoczne, poezja wyśmienita, głęboka. Z brakiem słów wymyślnych. Jakby Poeta nie chciał się z powodu użycia takowych przed sobą samym spowiadać. Ta poezja nosi blizny po ranach zadanych przez patos, banał i wymuszone, pozornie nabożne oddalenie. Jedno wielkie słowo mogłoby przewrócić, odkształcić misterną katedrę ustawioną z cegieł. Nie z cegły jednej, ale z tysiąca podobnych, z tysiąca sobie bliskich. Więc poza dystansem do wielkich słów, Poeta ofiaruje nam także bliskość, a właściwie styk prawie: codzienności i sacrum.

To, co w tej poezji wielkie, odbywa się na koszt tego, co proste, niewymuszone, prowincjonalne i prócz wymienionych przed chwilą cech także błogosławione i święte. Janusz Szuber wyborem swoich wierszy zebranych w tomie „Pianie kogutów" zaprasza nas na wyprawę w głąb, zabiera w podróż, której runem i stawką ma być łza oczyszczenia, głos jasny, ocalający, którym winniśmy przesiąknąć, jeśli chcemy zrozumieć naprawdę cokolwiek z tego, co dzieje się wokół nas. A jeśli nie zechcemy za Poetą, tam, gdzie Poeta? I na to u Szubera rada. Poeta podpowie: nic na siłę, czas wykona także za nas swój solenny obrót. Przesiane zostaną piasek w klepsydrze i sekundy nasze. Poezja zwróci nas normalności, ochroni przed pospolitością, wyrwie rozpaczy, odda zrozumieniu. Bój o życie toczy się gdzie indziej, za Czesławem Miłoszem powtórzmy, że: w prozie; poezja natomiast p r z e n o s i język, podmiotowość, odczuwanie i czytelnika. Wyliczeni, wyliczone przed chwilą, zanim przybyła poezja, znajdowali, znajdowały się w odległym lub nieodległym: g d z i e i n d z i e j! Poezja tylko zbliżyła się, pochyliła, podniosła, przeniosła. Po raz kolejny podała światu słodką dyscyplinę. Wywiodła język stamtąd, gdzie się kłamie, gdzie się zanadto żąda swego, gdzie unoszą się śmieci, bezwstyd, nieprawości, gdzie się żyje na koszt i za cenę, gdzie wilki noszą! U Janusza Szubera najdorodniejsze owoce wydaje poezja w tekstach łączących głębię doświadczenia, przeżycia i rozpamiętywania odbijającego się w zwierciadle konkretu. Dawniej była to differentia specifica twórczości prowincjonalnej, obecnie stanowi oznakę, a nawet miarę wielkości. Czym będzie za lat kilka? Nim kogut zapieje, a po nim następny? Czym będzie, gdy przeminie słodki interwał ładu, błogość zawieszenia pomiędzy? Nie wiadomo, czym, zaiste nie wiadomo. Ewa Lipska postulowała kiedyś: „tak pisać, by żebrak myślał, że pieniądze, a umierający, że narodziny". Wszechwładne słowo Janusza Szubera nie tworzy postulatów, jest jak pianie kogutów, zwięzłe i na temat. Obecne w konkrecie, czyste w intencji; wyzwalające, otwarte. Wiecznie otwarte. Wielkie.


Recenzent: Grzegorz Hajkowski

Janusz Szuber do pozycji jednego z najważniejszych poetów współczesnych doszedł drogą osobliwą i szczególnie trudną. Urodzony w roku 1947 w Sanoku, od lat studiów na Uniwersytecie Warszawskim zmaga się z ciężką chorobą, która przykuła go do wózka. Rówieśnik poetów „Nowej Fali”, przez blisko trzydzieści lat pisał „do szuflady”, dopiero od roku 1994 zdecydował się sukcesywnie publikować powstały dotychczas, zaskakująco dojrzały i oryginalny dorobek, ogłaszając w krótkim czasie i w niewielkim nakładzie pięć tomików, które zyskały mu uznanie w kręgach literackich. Od tego czasu wydał kilkanaście książek, m.in. Śniąc siebie w obcym domu (1997), O chłopcu mieszającym powidła (1999), Lekcja Tejrezjasza (2003), Glina, ogień, popiół (2003), Czerteż (2006). Jego wiersze były tłumaczone na dwanaście języków. Laureat m.in. Nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny, Fundacji Kultury, Fundacji Władysława i Nelly Turzańskich (Toronto).  Mieszkając w rodzinnym Sanoku, z dala od metropolii i środowisk literackich, Szuber wyraziście zaznacza swoją obecność na mapie polskiej poezji. Kroczy drogą osobną i własną. Eksploruje historię swojej prowincji, zanurza się w nostalgicznych klimatach c.k. monarchii, wędruje ku rodzinnym korzeniom, wydobywa tajemnice starych fotografii i piękno bieszczadzkich pejzaży, stawia pytania o sens cierpienia, czasu, przemijania, miejsce człowieka wobec przeznaczenia i nieprzeniknionych wyroków Opatrzności. Zbigniew Herbert, czytelnik pierwszych tomików Szubera, pisał do niego:
„(...) tom ten [Gorzkie prowincje] czytany nocą po prostu mnie zachwycił. (...) Niestety mój drogi Przyjacielu, jest Pan poetą i nic na to nie można poradzić. Składam wyrazy mego podziwu (...).
Śniąc siebie w obcym domu - bardzo prosto i sugestywnie powiedziane. To wg mnie idiom - środek tarczy. Przemawia Pan do twardej części duszy i to mię fascynuje. (...) Czy myśli Pan o wyborze wierszy? Już czas”.