Wydawnictwo Znak - Dobrze nam się wydaje

Maybe Someday

Nie, nie "może kiedyś", tylko "właśnie teraz!"

Wstyd się przyznać, ale jest to moje pierwsze spotkanie z Colleen Hoover, choć wiem, że jej poprzednie książki „Hopeless" czy „Losing hope" biły/ biją rekordy popularności. Autorka specjalizuje się w kategorii new adult, czyli lekturach przeznaczonych dla osób wkraczających w próg dorosłości. Nie powiem, bardzo mi się podoba WSZYSTKO, co jest z tym związane.

Tak więc, gdy już w moje ręce wpadło "Maybe Someday"... Przepadłam i zostałam ogromną fanką Colleen Hoover.

Sydney ma 22 lata i poukładane życie; studiuje to, co kocha - muzykę, pracuje, jest w trwałym związku. W ciągu dosłownie paru chwil jej świat zostaje zrujnowany. Jedyne, w czym dziewczyna znajduje ukojenie to... pisanie tekstów piosenek do muzyki... No właśnie. Do muzyki Ridge'a.

Ridge ma 24 lata, cudownie gra na gitarze; komponuje muzykę dla zespołu swojego młodszego brata, od lat ma ukochaną dziewczynę, cieszy się swojego rodzaju stabilnością życiową. Do momentu, w którym zaczyna cierpieć na brak weny. Właśnie wtedy poznaje Sydney, która staje się dla niego wybawieniem. Jak się później okazuje, nie tylko tym...

Po zakończeniu lektury w końcu pojęłam, na czym polega fenomen autorki. Po prostu wie, jak uchwycić czytelnika za sam środek serca; ilość emocji wylewających się ze stron książki jest wprost niesamowita. Hoover porusza tematy trudne, pełne bólu i wewnętrznego rozdarcia pomiędzy różnymi światami. Nie jest to książka osłodzona cukierkowym uczuciem kreującym się między dwójką smarkaczy. Do słodkości tu daleko. Emocje związane z relacją dotyczącą Sydney i Ridge'a ociekają łzami, słabościami, siłą, odwagą... Książka wyciska to, co najważniejsze. O to chyba chodziło.

Nie ma ludzi idealnych. Każdy jest "tylko" człowiekiem, przez co ciągle i nieustannie popełnia błędy, nie zawsze się na nich ucząc. Każdy z nas ma swoje słabości, którym ulega lub wie, że ulegnie. Tym bardziej, gdy w grę wchodzą uczucia - nie ma mocy, która by cokolwiek mogła powstrzymać.
"To wszystko wydaje się takie dobre. Jego słowa, jego bliskość, jego oczy szukające moich i przyprawiające mnie o szybsze bicie serca. Nie mogę zrozumieć, jak coś tak dobrego może być zarazem takie złe."
Od początku kibicowałam tej parze; nie wiedziałam, że będę tak poruszona tym wszystkim, co się wokół nich działo. Nie byłam pewna do samego końca, jak dalej potoczą się ich losy. Zachwyt, zachwyt, rozpłynęłam się.
"Cieszę się, że (...) jest silniejsza ode mnie, bo ja w jej obecności czuję się całkowicie bezradny."
Byłam bardzo zadowolona, gdy zobaczyłam narrację prowadzoną z dwóch stron. Dzięki temu lepiej mogłam poznać odczucia i emocje głównych bohaterów. Czytelnik ma wrażenie, że siedzi im w głowach, towarzyszy w każdej chwili ich życia. Ale to nie wszystkie plusy książki. Największym jest... MUZYKA. Tworzenie muzyki, przetłumaczone teksty piosenek, i... możliwość wysłuchania ich podczas lektury! Pierwszy raz spotkałam się z takim projektem! Na stronie można na bieżąco słuchać tego, co stworzyli Ridge i Sydney. Coś niesamowitego! :)

Na pewno nie zapomnę tej książki i już dziś wiem, że w najbliższym czasie sięgnę po kolejne pozycje Colleen Hoover.


Recenzent: Joanna Rysiewicz

Colleen Hoover

Maybe Someday

Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski

Nowe wydanie

Bestseller „New York Timesa”

Ridge gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Sydney ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…

„Maybe Someday” to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.

***

"Lubię takie książki, które zaskakują jak życie i uczą, że z najtrudniejszej sytuacji jest wyjście. A szczęście może być tuż za rogiem. Albo za ścianą. Polecam!"
/Agnieszka Więdłocha/