Wydawnictwo Znak - Dobrze nam się wydaje

Arena szczurów

Jako w piekle, tak i na Ziemi

Przedpremierowym zapowiedziom „Areny szczurów" towarzyszyło hasło, jakoby powieść ta była najmroczniejszą z dotychczasowych odsłon talentu Marka Krajewskiego, co, przy turpistycznych zapędach autora objawionych we wcześniejszych jego książkach, wzbudziło obawy u części odbiorców, czy aby wrocławski pisarz nie popadnie w przesadę.

Po zestawieniu powyższej rewelacji z rzeczywistością, można zauważyć, że ostatnia (jej ostateczność podkreśla zarówno autor, jak i wydawca) powieść z cyklu o Edwardzie „Łyssym" Popielskim istotnie wspięła się o stopień wyżej w celebrowaniu mroku, okrucieństwa oraz zbrodni i śmierci jako chorej sztuki. Ci, którzy mieli Krajewskiego za umiarkowanego szaleńca, po lekturze „Areny" zaczęli go uważać za szaleńca kompletnego, przez co wrocławianin przypuszczalnie stracił część czytelników. Natomiast ci, którzy zdołali pojąć potrzebę manifestowania tego, czego podglądaczami stali się podczas lektury, ostatecznie przestali wątpić w wielkość pisarza nazywanego przez jego wydawcę najmroczniejszym umysłem polskiego kryminału. Bo Krajewski, który od zawsze mniej lub bardziej łamał schematy klasycznego układu powieści kryminalnej, „Areną szczurów" poszedł o kilka kroków dalej, czyniąc ze śledztwa w sprawie darłowskiego trupojada punkt wyjścia dla traktatu o moralności oraz granicach ludzkiej wytrzymałości fizycznej w ogóle, a psychicznej w szczególe. Doprawdy, Łyssy nie mógłby wymarzyć sobie bardziej przejmującego i frapującego zakończenia swojej biografii.

Zakończenia, rzecz jasna, rozumianego w sensie umownym, co dla wiernych czytelników Krajewskiego nie będzie żadnym zaskoczeniem. „Arena" nie jest bowiem chronologicznie ostatnią częścią cyklu, którego bohater na przestrzeni swojego długiego życia zdołał dochrapać się stołka komisarza w lwowskiej policji, w latach okupacji czynnie działał w AK, a po wojnie ukrywał się przed UB za gimnazjalną katedrą, ucząc matematyki i łaciny, chociaż niewątpliwie odkrywa ona ostateczny, ostry niczym cięcie maczetą rys na charakterze protagonisty. To ten rys właśnie jest w powieści najważniejszym obiektem „detektywnych" poszukiwań, a nie morderca, którego tożsamość dość szybko zostanie ustalona. I to nie Popielski jest tym razem głównym poszukiwaczem prawdy, a jego syn Wacław Remus, który na przestrzeni lat popadł w swoistą obsesję na punkcie dotarcia do prawdy o losach swojego ojca.
A ojciec, jak na humanistę klasyka i matematyka o irytującej skłonności do szarad przystało, woli „gadać" w swoim pamiętniku zagadkami oraz stopniowo i pod konkretnymi warunkami wręczać synowi klucze do kolejnych bram swojego jestestwa. Otwieranie ich przez Wacława daje z kolei pretekst do fragmentarycznego śledzenia eleganckich zapisków Edwarda, z czym nie po raz pierwszy w powieści Krajewskiego można się spotkać, podobnie jak ze szlachetnym, nieco staroświeckim językiem narracji (który ze współczesnych pisarzy używa jeszcze czasu zaprzeszłego?), z piramidą czasową na początku rozdziałów oraz narracją na kilku poziomach czasowych, a w tym przypadku na współczesnym oraz umiejscowionym w roku 1948.
Obie czasoprzestrzenie dają pretekst do plastycznych obserwacji: nabrzmiałych aktualnymi trendami, ciętych, prześmiewczych, a nawet żartobliwych w części współczesnej, natomiast w roku miłościwie panujących Bieruta i Stalina i w pamiętnikach - czarnych niczym smoła (także w kwestii dowcipu, vide Popielski jako łosoś czy mordercze zapędy alkoholika na kacu), turpistycznych, symbolicznych, przeżartych nienawiścią ciemnoty względem inteligencji, detalicznym opisem cierpienia oraz stopniowego tracenia rozumu, zdrowia i człowieczeństwa.

Zadziwiające, jak Krajewski - uznawany za ojca polskiego kryminału retro i w nieco staroświecki sposób sam siebie reprezentujący w mediach społecznościowych - dobrze czuje współczesność, jak bardzo jest mu ona bliska! Jego Remus, biegający po parkach w obcisłych gaciach do joggingu, podśmiewa się z żenującej polskiej „mody" na skarpety i sandały, ironicznie wypowiada się o jednym z popularnych telewizyjnych talent shows, a pracując czy poszukując informacji wznosi w duchu modły na cześć geniuszu Steve'a Jobsa.

„Arena", jak na retropowieść przystało, niewiele miejsca poświęca czasom współczesnym, ale talent Krajewskiego sprawia, że poszczególne scenki z nich wzięte wżerają się w umysł błyskotliwym i świadomym pazurem.

Jednak piętnowanie czytelniczej wrażliwości zapisem quasi-historycznym - zgodnym z rokiem 1948 - jest podniesione do szóstej potęgi w porównaniu z narracją współczesną. Pomorskie Darłowo, w którym autor kazał szukać schronienia Popielskiemu ściganemu za jego AK-owską przeszłość, tętni żywym malunkiem kamienic, uliczek, sklepików, podejrzanych knajp z tajniakami na służbach aparatczyków i podwórek z rzemieślnikami niszowych specjalizacji (fabryka bombek choinkowych!). A wszystkie te klimatyczne cuda składające się na obraz miasta i jego mieszkańców, usiłujących w mniej (szerząca się prostytucja i donosicielstwo) lub bardziej godny (krzewienie podziemnych projektów w pobliskich lasach i podczas potajemnych spotkań) sposób przeżyć w trudnych czasach sowieckiej „opieki", mają na celu doprowadzić Popielskiego do konkretnego miejsca - do lochów darłowskiego zamku, który stanie się dlań prywatnym piekłem i sprawdzianem jego człowieczeństwa.

Zanim jednak Edward trafi do podziemnego inferna śmierdzącego składowanym tam serem (czyżby przenośnia siarki?), spojrzy w jego czeluście stąpając po urokliwym nadmorskim miasteczku. Bo piekło to także gwałty i mordy, ohydne, zboczone, gryzące i zakażające, zadawane przez COŚ, czego nie sposób nazwać inaczej niż szatanem (miano to kilkukrotnie w powieści pada).

Jednak to nie całe fabularne Zło przedstawione w „Arenie szczurów", wszak jaka jest historia, każdy widzi, a Krajewski podciąga ją na domiar do symbolicznych scenek wyjętych niczym z legend uciśnionego przez „ruskich" ludu, tak polskiego, jak i niemieckiego. Motyw ze spadającymi bocianami pali czytelnika żywym ogniem (jest taki obraz? powinien powstać!). Ingerencja władzy we wszystko, w co tylko da się włożyć paluchy kontroli, zależności i upodlenia przeraża. Tajemna fabryka konserw dla Armii Czerwonej gryzie umysł niczym piekielne wizje Hieronima Boscha. Zaropiałe rany i okrywające je brudne bandaże powodują odbiorczy paraliż...

Po co, na co to wszystko?, zapyta oblepiony ohydą czytelnik. Krajewski to chory zbok!, powie ten, któremu ocenianie innych przychodzi zbyt łatwo. Tymczasem każdy masakryczny czy turpistyczny szczegół „Areny szczurów" ma znaczenie, ba!, prowadzi do celu dalece istotniejszego, niż zgrabnie zapętlona kryminalna intryga i przerzuca fabułę hen, daleko, za jej pobożnie postrzegane przez czytelniczych tradycjonalistów granice, doprowadzając ich do wściekłego zgrzytania zębami, „bo morderca został odkryty w pierwszej połowie książki, a nie w ostatnim rozdziale, ja się tak nie bawię!". Gdacząc w ten deseń nie zauważą oni, że kumulacja zła służy zamianie wizji kryminalnej na filozoficzną, że wszystkie elementy powieści wybrzmiewają razem i z osobna, nawet te pozornie niewinne, jak chociażby pijany awanturnik w gospodzie czy seks Edwarda z Krystyną, okażą się częścią konkretnych wizji: obyczajowej, społecznej, antropologicznej oraz - i to już zależy od czytelnika - moralnej bądź amoralnej. „Czy można dla ocalenia własnego życia zabić niewinnych ludzi?", pyta nas z okładki Areny Popielski, który analogiczne pytanie zada swojemu synowi zza grobu. Dlaczego je zada? Co zrobił, że tak go ono męczyło? Jakie spustoszenia uczyniły w jego umyśle i duszy naziemna obserwacja okrucieństwa i doświadczanie go na własnej skórze w zamkowych lochach?

Jest taki moment w „Arenie szczurów", w którym dociera do odbiorcy ogrom talentu Krajewskiego. To moment, w którym cierpliwy czytelnik - taki, który przełknął potencjalny zawód spowodowany szybkim ustaleniem tożsamości darłowskiego trupojada - uzmysławia sobie, że to nie osoba zbrodniarza jest największą tajemnicą fabuły. Zbliżającemu się do odkrycia prawdy o ojcu Wacławowi mocno bije serce, co udziela się również odbiorcy... Bo największą tajemnicą dzieła wrocławianina jest Popielski, w 1948 roku nieco dandysowaty, kurtuazyjny, wrażliwy i, mimo przekroczonej sześćdziesiątki, w dalszym ciągu bardzo zmysłowy mężczyzna. Mężczyzna, który, przyparty do muru, będzie musiał schować elegancję i dystynkcję do kieszeni, by stanąć oko w oko ze swoją zwierzęcą naturą, a także z przeróbkami mitów o Fineusie i harpiach, Heraklesie oraz Siedmiu przeciw Tebom, do których aluzje Krajewski przemyci, co przyjemnie połaskocze umysły humanistów.

Jedną mam tylko uwagę krytyczną, mianowicie zbyt skąpo wyjaśnia autor pobudki działania Małgosi, ulubionej uczennicy ukrywającego się przed ubecją Popielskiego. Zabrakło mi szerszego dyskursu o jej moralności/amoralności, który wyszedłby poza te kilka linijek pod koniec książki, który mógłby stać się frapującym drugim planem dla moralnych rozterek Edwarda. Jednakże w ogólnym rozrachunku usterka ta jest śladowa, a w perspektywie klamry nigdy niepowstałej biograficznej książki, której fragmentami Krajewski urozmaica i tak już niebanalne zabiegi narracyjne „Areny szczurów", znika niemal całkowicie. Zamaszyście zakończył pan Marek swój kryminalny cykl, emocjonująco zapinając na ostatni guzik psyche wrażliwca Popielskiego. Aż szkoda, że to już koniec. Ale z drugiej strony dobrze się stało, bo tak dobitne ukoronowanie należy się tylko ostatniemu podniesieniu kurtyny.


Recenzent: Paulina Stoparek

Ostatni kryminał mistrza mrocznej intrygi. Z Popielskim.

Rok 1948. Nadmorskie Darłowo. Gwałciciel, który gryzie ofiary.
Popielski, były lwowski komisarz, po ucieczce z Wrocławia ukrywa się w mieście rządzonym przez czerwonoarmistów i agentów UB. Nikt tu nie zna jego przeszłości. Nikt nie podejrzewa, co tak naprawdę ma na sumieniu. Kiedy zaczynają ginąć kobiety, ktoś musi znaleźć gwałciciela i mordercę. Popielski, który prowadzi tajne śledztwo, wie, czym jest piekło – labirynt bez wyjścia i bezmiar cierpienia.
Nie wie jednak, że będzie ono jego domem.

Arena szczurów to najmroczniejszy i najbardziej sensacyjny z kryminałów Marka Krajewskiego.