wydawnictwo znak - Dobrze nam się wydaje

Pochwała macochy

Dla miłośników niebanalnych historii

Po poprzednim, bardzo udanym spotkaniu z twórczością Mario Vargasa Llosy, bardzo chciałam przeczytać którąś z innych jego książek. Nie tylko dlatego, że słyszałam wiele pochlebnych opinii o jego twórczości, ale także ze względu na to, że w 2010 roku peruwiański pisarz został uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. W mojej głowie zagościło więc pytanie, jakie książki trzeba pisać, żeby we współczesnych czasach zostać docenionym. Liczyłam, że zapoznanie się z dorobkiem Llosy da mi odpowiedź.


"Pochwała macochy" opowiada o wspólnym życiu don Rigoberta, jego syna Fonsito oraz jego drugiej żony - doni Lukrecji. Rodzina wiedzie wygodne, spokojne życie w nieokreślonym miejscu i nieokreślonych, ale raczej współczesnych czasach. Małżonkowie są ze sobą szczęśliwi, głównie z powodu bujnego pożycia seksualnego, które jest źródłem ich radości. Lukrecja pragnie jednak być nie tylko wzorową małżonką, ale także idealną macochą dla małego Fonisto. Stara się więc zaskarbić sobie uczucia chłopca.


"Tę powieść powinno się spalić. Nie czytaj jej. Odłóż z powrotem na półkę. Jest zbyt rozpasana, perwersyjna i wyuzdana." To fakt. Ta krótka powieść niejednego czytelnika mogłaby naprawdę zgorszyć. Dlaczego? Dlatego, że jej fabuła kręci się głównie wokół seksu i fizyczności człowieka. Chciałoby się powiedzieć - ot, większość współczesnych romansów kręci się wokół seksu. Ale w tym przypadku jest trochę inaczej. O ile wątek małżeńskiego pożycia don Rigoberta i doni Lukrecji raczej nikogo nie zdziwi, to już relacje macochy i małego pasierba dla niejednego czytelnika mogą okazać się zbyt odważne, a może nawet niesmaczne. Podobne odczucia mogą budzić szczegółowo (czasem aż do bólu) opisane sceny, w których don Rigoberto dokonuje czynności higienicznych.


Niemniej jednak, trzeba przyznać, że Llosa tak skomponował akcję, iż trudno oderwać się od czytania. Od początku historii przeczuwamy, że coś się stanie. Coś niezwykłego, coś strasznego, coś dziwnego... Co dokładnie? Tego nie wiemy. Ale pobudzona ciekawość pcha nas przez kolejne strony ku zakończeniu. Pozornie, czytamy o wydarzeniach, które kojarzą nam się ze spokojnym codziennym życiem i raczej nie są dynamiczne. A mimo to, fabuła ewoluuje szybko. Co jakiś czas przerywają ją opisy zamieszczonych w książce obrazów. Są one związane z opisaną historią i oczywiście, nacechowane silnym erotyzmem. Trzeba jednak przyznać, że autor patrzy na znane dzieła sztuki w sposób nowatorski oraz interesujący. Język zastosowany w powieści jest bardzo plastyczny, uwalnia wyobraźnię czytelnika, który, chcąc nie chcąc, dokładnie widzi obrazy podsuwane przez przewrotnego pisarza. Najmocniejszym atutem książki jest zakończenie.


Dla mnie cała konstrukcja fabuły i rozwiązanie akcji okazały się zaskakujące i zupełnie nieprzewidywalne. Miałam nawet wrażenie, że Llosa umyślnie spłatał czytelnikom psikusa - naszpikował historię takimi rzeczami, które skutecznie zajmowały ich myśli podczas lektury, aby na koniec odkryć szokującą (przynajmniej według mnie) prawdę. Częściowo, ten zabieg utwierdził mnie w przekonaniu, że peruwiański literat ma naprawdę przewrotną wyobraźnię, na tyle nietuzinkową, żeby nagrodzić ją Noblem. Poza tym, zakończenie ujawnia też bardzo ważny aspekt psychologiczny, który na pierwszy rzut oka jest ukryty i nie odgrywa aż tak dużego znaczenia. Dopiero kiedy czytelnik odrzuci pozory i odkryje rzeczywistość, w pełni doceni misterną intrygę, jaką uknuł Llosa rękami jednego ze swoich bohaterów.


Dochodząc do momentu, kiedy powinnam przedstawić moją subiektywną ocenę, nadal nie jestem do końca pewna, co napisać. "Pochwała macochy" niewątpliwie wywarła na mnie ogromne wrażenie, głównie z powodu wyżej wspomnianych walorów. Czytałam zachłannie, z ogromną ciekawością i ogólnie uważam lekturę za przyjemną. Zdaję sobie jednak sprawę, że ze względu na treści erotyczne, wielu czytelników może ocenić tę pozycję bardzo negatywnie. Osobiście, myślę, że to, co prezentuje nam w tym temacie Llosa, w gruncie rzeczy nie jest takie złe. Nieraz czytałam o gwałtach, seksualnym wykorzystywaniu i w porównaniu z tym, opisy małżeńskiej, nawet trochę wyuzdanej miłości wydają mi się do przyjęcia. Jeśli chodzi o macochę i pasierba - te sceny trochę mnie zaniepokoiły, ale również mogło być gorzej. Podsumowując, myślę, że ta pozycja na pewno zainteresuje niejednego miłośnika niebanalnych historii. Polecam ją, bo przecież nie trzeba jej lubić ani podziwiać, ale na pewno warto ją znać. Choćby po to, żeby wiedzieć, za co dostaje się Nobla.


Recenzent: Paulina Zając

Mario Vargas Llosa

Pochwała macochy

Tłumaczenie: Carlos Marrodan Casas

"Ciotka Julia i skryba" to czysta rozpusta, ale "Pochwała macochy"... Nie, nie czytaj tej książki!

Skandal.
Tę powieść powinno się spalić.
Nie czytaj jej. Odłóż z powrotem na półkę.
Jest zbyt rozpasana, perwersyjna i wyuzdana. Mario Vargas Llosa musiał pisać tę książkę z uśmieszkiem wyrafinowanego oszusta, którego nic tak nie cieszy, jak naciąganie czytelnika. W samym środku gęstego od namiętnych uniesień małżeńskiego życia don Rigoberta i doňi Lukrecji, tkwi niewinne pacholę. Mały Fonsito, syn z pierwszego małżeństwa don Rigoberta, nie ma co konkurować o względy ojca z piękną kobietą o ponętnych kształtach, jakimi natura hojnie obdarzyła szczęśliwą pannę młodą. Niewinność dziecka tłamszona jest przez moralną rozwiązłość rodziców.
A może dziecko wcale nie jest dzieckiem, a niewinność ma zbyt wiele wspólnego z rozwiązłością?
Kto tu właściwie jest krętaczem...
Foncito, Rigoberto, Lukrecja czy Mario Vargas Llosa?

A może jednak czytelnik, skoro sięga po powieść, której nie powinien czytać?