Wydawnictwo Znak - Dobrze nam się wydaje

13.III.2017

Taka rozmowa zdarza się raz na pięćdziesiąt lat!

15 marca ukaże się pierwszy wywiad rzeka z Wojtkiem Waglewskim. Już dziś jako pierwsi możecie przeczytać fragment książki.

- Chciałbym zacząć od czegoś wstrząsającego. Chciałbym zapytać Cię o zęby.
- Ale co Cię interesuje? Przeszłość moja zębiasta?

- Tak. A konkretnie pewien epizod.
- Ojciec mojego przyjaciela był chirurgiem dentystycznym. Któregoś razu zaprosił mnie do gabinetu i powiedział, że zrobi mi w ustach porządek. I rzeczywiście - pierwszego dnia usunął mi pięć zębów, a drugiego sześć. Po pierwsze, tak się chyba nie powinno robić, a po drugie, gdyby to było dzisiaj, zęby byłyby do uratowania. No nic, poszło. Tyle że trzy dni później miałem wystąpić i to był w dodatku pierwszy koncert Voo Voo w Opolu.

- Który to był rok?
- Chyba '87. Graliśmy jeszcze z Andrzejem Ryszką, z Jankiem Pospieszalskim. Pierwsze Rock Opole. No więc śpiewam „Styksu wir" i nagle czuję, że w całej gębie mam mokro. Co się okazało? To wszystko było jeszcze świeże i puściło. Miałem gębę pełną krwi.

- Przerwałeś koncert?
- Skąd! Myśmy grali krótko, to były czternastominutowe wystąpienia. Gęba mi puściła pod koniec, kiedy było najmocniej. Na nagraniu widać, że nagle zaczynam śpiewać jakoś tak obok - i cierpienie na twarzy potężne. Ale zagrałem do końca.
Kiedyś grałem z Osjanem koncert w Niemczech, w małej miejscowości niedaleko Kolonii. Mieliśmy takie blachy miedziane, ja kupiłem blachę o rozmiarach pół metra na półtora, wieszałem ją na sznurku i kiedy waliłem w nią ręką, wydawała dźwięki przypominające zbliżającą się burzę. A ponieważ podczas występu wpadaliśmy w stany transowe, nie zauważyłem, kiedy w trakcie koncertu walnąłem nagle w brzeg tej blachy i rozciąłem sobie rękę. Dopiero pod koniec grania zobaczyłem, że mam kość na wierzchu, a mata, na której siedzę, jest cała pokrwawiona. Przyjechało pogotowie, zrobił się show. W czasie koncertu jest taka adrenalina, że człowiek w ogóle nie czuje bólu. Gra, póki nie padnie.

- W ekstazie.
- No coś takiego. A równocześnie trzeba to mieć jakoś pod kontrolą. Dla mnie największym wyzwaniem i najważniejszą motywacją do uprawiania muzyki jest to, że ona jako jedyna ze sztuk może się zdarzyć tylko tu - w tym czasie, o tej godzinie, w tym miejscu. Owszem, można też malować na oczach ludzi, robić happeningi. Happening jest może najbliżej muzyki, zresztą teatr w ogóle. Ale muzyka ma tę siłę, że naraz, w jednym momencie może unieść ludzi w górę.

To jest coś, co w klasycznej muzyce Indii nazywane bywa śruti. Często o tym mówię, ale trudno się obyć bez tego pojęcia. Miałem to szczęście, że jakiś czas grywaliśmy koncerty z panditem Ram Narayanem, mistrzem gry na sarangi. Pandit to w kulturze Indii ktoś, kto osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia. I on mi powiedział, że tylko cztery razy w życiu udało mu się zagrać śruti. Co to takiego? Trudno to opisać. Nagle podczas koncertu indyjskiej muzyki klasycznej tysiące Hindusów doznaje czegoś na kształt zbiorowego orgazmu. I nikt nie wie dlaczego. Po prostu pojawia się nagle taki dźwięk, który wszystkich unosi, a którego nikt nie jest w stanie zdefi niować. Trzeba wiedzieć, że muzyka indyjska nie jest muzyką improwizowaną, ona jest bardzo precyzyjnie zaplanowana. A całe dążenie pandita sprowadza się do tego, żeby znaleźć kontakt z kosmosem - przy pomocy owego dźwięku.

- Gdyby dało się go zapisać, każdy mógłby go zagrać.
- Nawet ktoś tak doświadczony jak Ram Narayan nie był w stanie mi powiedzieć, na czym to polega i jak to osiągał. To się po prostu działo. Ja - jak zresztą pewnie każdy muzyk improwizujący - miewam takie koncerty, kiedy wydaje mi się, że przeżywam coś podobnego. To jest tak, jak podczas miłosnego uniesienia, kiedy na parę sekund traci się przytomność.

- Mała śmierć.
- Tyle że to jest zbiorowe. Na początku lat osiemdziesiątych graliśmy raz z Osjanem koncert w Łodzi, na jednej z uczelni. Trwał chyba strajk studentów, czy też było tuż po strajku, w każdym razie panowała tam dość szczególna atmosfera. I w pewnym momencie zagraliśmy taką fi gurkę, przy której poczułem, że następuje zbiorowy odlot, wspólna utrata przytomności. I to nie była taka transowa „głupawka", tylko coś innego, kosmicznego.
Mówię o tym śruti często, ale zawsze z pewną obawą. Bo w gruncie rzeczy za mało o tym wiem, a nie chciałbym upraszczać. Muzyka indyjska to jest zupełnie inny rodzaj muzyki, nie do pojęcia dla nas, Europejczyków. To jest coś zupełnie nieprzystawalnego do naszych doświadczeń. Zresztą próby łączenia muzyki z tych dwóch różnych
światów na ogół się nie udają, mimo że brali się za to i Beatlesi, i M iles Davis, i wielu innych. Ktoś taki jak Ram Narayan nie trudziłby się graniem prostych skal europejskich. Nie istnieje dla niego odcinek jednotaktowy. Dla niego odcinek składa się z szesnastu taktów, w dodatku na przykład początek jest wolniejszy, środek szybszy, końcówka jeszcze szybsza. Gdyby go zapytać, dlaczego tak, odpowiedziałby: to naturalne, przecież człowiek nie porusza się równo.

- Pewnie zadawano Ci to pytanie wiele razy, ale ja też muszę spytać: czym w ogóle jest muzyka?
- Odpowiedzi może być kilka. Mnie zawsze podobała się ta, którą przytaczał Janusz Ekiert. Zorganizowano kiedyś sympozjum muzyków Wschodu i Zachodu: koncerty bachowskie, klasyczna muzyka Indii, Japonii. Trwało chyba z tydzień. I w czasie tego sympozjum jeden z hinduskich muzykologów powiedział, że muzyka europejska jest bardzo ładna, ale zawiera elementy w zasadzie najmniej dla muzyki istotne. Zawiera melodię - a melodia jest czymś danym przez Boga i najbardziej oczywistym, bo pojawia się już wtedy, kiedy człowiek zaczyna mówić. Zawiera harmonię - a ta powstaje w naturalny sposób, kiedy rozmawiają trzy osoby. I zawiera rytm - który jest dany każdemu stworzeniu. Zapytano go, czym w takim razie według niego jest muzyka. „Muzyka jest tym wszystkim, co jest pomiędzy tymi elementami". To bardzo mądre.
Dla mnie muzyka jest przede wszystkim sposobem wyrażania emocji. Nie ma znaczenia, czy te emocje są wyrażane w formie tak wyrafinowanej jak fugi Bacha, czy pozornie prostej - jak w improwizacjach Hendrixa...

- ... albo wtedy, gdy wali się pięścią w blachę.
- A równocześnie jest formą komunikowania się - bo te emocje chcesz przecież komuś przekazać. I tyle.

- Co to znaczy zatem: być dobrym muzykiem?
- Muzyk może być odkrywcą, może świadomie szukać nowych obszarów, nowych możliwości tkwiących w dźwiękach. Wtedy im ma więcej warsztatu, tym jest lepszy. Ale może być i tak, że bez całej tej teoretycznej wiedzy ktoś jest muzykiem genialnym, bo potrafi intuicyjnie przekładać emocje na dźwięki. Same techniczne umiejętności sprawy nie załatwią. O Milesie Davisie mówiło się, że cały czas grał tę samą melodię i te same nuty. Ale były one grane z tak niezwykłą emocją, że zawsze były wielkie.

Taka rozmowa zdarza się raz na pięćdziesiąt lat!

Gdy podczas koncertu rozciął sobie rękę, nawet tego nie poczuł. Adrenalina sprawia, że gra, póki nie padnie.
Gdy ktoś nazywa go polskim Stingiem, dostaje piany.
Twierdzi, że muzyka pozwala ludziom poukładać swoje emocje.
Jeden z najbardziej niezwykłych i wszechstronnych polskich artystów. Muzyk legendarnego Osjana i założyciel kultowego Voo Voo, kompozytor, gitarzysta i autor tekstów, mąż, ojciec, przyjaciel.
Z poetą Wojciechem Bonowiczem spotykał się przez ponad 10 lat, by rozmawiać o muzyce, podróżach, rodzinie, miłości, dołkach, o życiu. Ze spotkań tych powstał wielowymiarowy portret nieobecnego „na ściankach” i plotkarskich portalach antycelebryty.